strona główna        muzyka        gry        broń        teksty        różne        autor       

.::powrót::.

Martwa Puszcza

Wstęp.

W ciemnej dolinie, przez wszystkich od dawna zapomnianej, istniało miasto otoczone nieprzemierzoną puszczą. Każdy, kto usłyszał jej nazwę drżał ze strachu.
Krążyły historie, że ludzie , którzy postanowili się wydostać z doliny ginęli bezpowrotnie w ciemnościach lasu. Mieli wizje bestii, tracili rozum i bez opamiętania uciekali w ciemności. Tym, których udało się uratować pomieszały się zmysły. Wszystkich "osaczonych przez demony" lord umieścił w klasztorze, gdzie opiekują się nimi mnisi. Dałbym sobie rękę uciąć, że nikt nie chciałby przechodzić koło klasztoru nocą. Z okien dochodzą tak przerażające śmiechy szaleńców... włos jeży się na głowie.

Z najwyższych budynków miasta widać, że w jednym z gęstszych miejsc Martwej Puszczy, bo taką nosiła nazwę, stoją ruiny ogromnego zamczyska. Dawniej, kiedy puszcza była wolna od mar, w zamku panował Falgran, wielki władca i wojownik. Posłuszne mu były wielkie zastępy 20 000 rycerzy i niesamowita armia bestii. Kiedy nadszedł głód i bieda, Falgran nakazał zmniejszenie żołdu bestiom. Bestie jako istoty z natury gniewne wystąpiły przeciw Falgranowi. Wojna trwała wiele miesięcy, co nie pozostawiło kamienia na kamieniu w mieście. W krwawych bitwach zginęli wszyscy wojownicy po obu stronach - rycerze z honorem, a bestie w hańbie. Duchy bestii zostały skazane za karę na wieczne błąkanie się po Martwej Puszczy. Przeżyło tylko kilkaset osób, które w krótkim czasie odbudowało miasto i hierarchię społeczną.

Po jakimś czasie wśród mieszkańców pojawiły się plotki że po władcy musiał pozostać majątek. Ludzie połakomili się na złoto nie należące do nich. Utworzyły się ugrupowania poszukiwaczy skarbów. Dwa lata po wojnie, jedną wyprawą wyruszyli do zamku. Na początku wszystko wskazywało, że wyprawa się powiedzie, ale nie wiedzieli oni co ich czeka. Znaleźli zbiorową mogiłę poległych rycerzy. Jak sępy rzucili się do okradania grobu, wtem ziemia pod nimi zaczęła się ruszać. W małych punktach na porośniętym mchem leśnym klepisku ziemia tworzyła jakby kretowiska, z których wysunęły się ludzkie ręce i pochwycając bezczeszczących ich grób za nogi wciągały ich pod ziemię. Rozlegały się krzyki jakby obdzierano ich żywcem ze skóry-w rzeczywistości nieumarli ciągnęli ich tak mocno, że łamali im kości. W kilkanaście sekund klepisko opustoszało, pozostały na nim tylko przedmioty ukradzione z grobu, wypuszczane z dłoni złodziei. Nikt więcej nie odważył się na taką wyprawę. Pozostało jednak marzenie wydostania się z doliny i powrotu do cywilizacji...

Rozdział 1. "Ktoś"

Niektórzy mówią, że koniec niewoli jest bliski. W duchu każdy miewa uczucie radości, bo nie może to trwać wiecznie. Ludzie czekają na wybawiciela. Koszary przepełniają się - wszyscy chcą nauczyć się walczyć, wyzwala to ich od złości, walcząc czują się wolni, jednocześnie wiedzą, że kiedy nadejdzie ten oczekiwany dzień przydadzą się. Płatnerze kują miecze i włócznie na wyprawę - tą ostatnią, kiedy nadejdzie wybawiciel.

* * * *

Jeden dzień odmienił rutynę dotychczasowego, spokojnego życia mieszkańców. Zaczął się całkiem normalnie. Była ładna pogoda, taka jak zawsze jesienią, targowisko wrzało hałasem, z wieży klasztoru dochodziło bicie dzwona budzącego codziennie mnichów na jutrznię.

Wyjątkowo przy zachodniej bramie miasta, gdzie było jeszcze ciemno zbierali się strażnicy. Coś ciekawego stało się w puszczy tej nocy. Krążą wśród ludzi pogłoski, że coś znaleziono. Strażnicy stawali wzdłuż wejścia w szyku. Byli wtedy w pełni wyposażeni: mieli na sobie granatowe tuniki wzmacniane stalowymi guzami, nagolennice skórzane, okute stalą buty, kolczugi, hełmy garnczkowe z niebieskimi pióropuszami, karwasze stalowe zdobione srebrem, rohatyny, miecze za pasem, dodatkowo pochodnie. W pewnej chwili brama otworzyła się, żołnierze wybiegli zachowując szyk. W lewych rękach nieśli owe pochodnie, w prawych zaś rohatyny, z długimi wstęgami w barwach lorda.

Lord miasta nazywał się Ernest Grunlicht von Ur, (Ur znaczyło przynależenie i wysoką rangę w klasztorze Wotana o którym wspomniałem we wstępie) Właśnie, wkrótce po wymarszu strażników pojawił się on na koniu i pogalopował za nimi. Wrócił po chwili, wydał rozkaz: "Zanieść do klasztoru i kazać medykowi zająć się nim...". Wielkie było zdziwienie gapiów - rozeszły się szepty, że żołnierze lorda znaleźli w lesie niedobitka. Wrócili i sami strażnicy niosąc brodatego, poobijanego i brudnego człowieka. Spał, nie miał siły, żeby iść samodzielnie. Zanieśli go do klasztoru, tak jak kazał lord Grunlicht.

Przybysz cały dzień spał. Mnisi opatrzyli jego rany. Obudził się rano, następnego dnia. Leżał w pustej komnacie, czuwał przy nim znany w mieście zielarz imieniem Flugh. Przybysz spytał:
-Gdzie jestem?
-W klasztorze, leż, musisz odpocząć, znaleźliśmy cię w puszczy. Jak się nazywasz?
-Kaspar - odpowiedział. Dawno nie słyszałem ludzkiego głosu...
-Tak, nikt od wojny oprócz szaleńców nie wracał z Martwej Puszczy.
-Skąd?
-Z Martwej Puszczy... Ach! Ty nic nie wiesz. Po wojnie tak została nazwana. Mieszkają w niej duchy bestii którymi władał Falgran. Na pewno go znałeś. Duchy te nie pozwalają nam od kilkunastu lat wyjść z doliny. 17 lat temu, 2 lata po wojnie ostatnia największa próba wydostania się, a szczerze mówiąc dostania się do zamku, nie powiodła się.
-Ja tam byłem 19 lat? No tak... To mam teraz 39. Straciłem całe życie na mieszkaniu w puszczy. Kaspar przetarł twarz i podrapał się po głowie. Kaszlnął, wstał i podszedł do okna.
-Miasto wygląda całkiem inaczej.
-To jest nowe miasto, ze starego nic nie zostało.
-Ile osób przeżyło?
-Około 350.
Do komnaty wszedł lord.
-Ernest! -krzyknął Kaspar i podbiegł do Grunlichta.
Lord poznał go i przycisnął go do siebie.
-Nie poznałem cię w lesie...
-Miałem w końcu brodę i trochę się zmieniłem przez 19 lat.
-Niesamowite, że spotykamy się po tylu latach ponownie.
Musisz być głodny, chodź, zapraszam cię do mnie na śniadanie!

Obydwaj poszli. Kaspar znał już klasztor i nawet po tak długim czasie pamiętał go jak własną kieszeń. Sam należał do zakonu i miał tą samą rangę co Ernest.

Na zewnątrz wiał silny wiatr i było chłodno. Kaspar Gustavus - tak na prawdę się nazywał - dopiero teraz zwrócił uwagę na to, że ma na sobie strój zakonny (czerwony płaszcz z kapturem). Ernest był ubrany na granatowo, mimo przynależności do zakonu nosił barwy swojego rodu.

Przyjaciele weszli do dużego domu stojącego 500 metrów od klasztoru, weszli kilka schodów do góry i zasiedli przy stole w bogatej izbie. Szybko uwijając się służący podawali jedzenie.
-Prawie 20 lat jadłem tylko dziki i leśne jagody.
-Jak przetrwałeś w puszczy przez tyle czasu?
-Normalnie! Polowałem na dzikie świnie za pomocą włóczni, wodę brałem ze źródła w jaskini, która zastępowała mi dom.
-A nie miałeś problemu z bestiami?
-Masz na myśli te duchy, o których mówił medyk? Nie spotkałem żadnego.
-Jak to... Od lat próbujemy wydostać się z puszczy, a ty nie spotkałeś żadnej bestii?
-Nie...
-Nie próbowałeś wydostać się z lasu?
-Widzisz, coś nie pozwalało mi. Ile razy odchodziłem od jaskini dalej niż na kilkaset metrów, budziłem się z powrotem w niej. Jakaś moc magiczna nie chciała, żebym stamtąd wyszedł.
-Moc magiczna? Może dopiero teraz...
-Ktoś chyba nade mną czuwał, bo wiedział, że coś mi się stanie jeżeli wcześniej stamtąd wyjdę. Miałem na rozmyślania na ten temat wiele lat i doszedłem do tego wniosku, że tam u góry ktoś jest i kieruje tym wszystkim... Po śniadaniu Kaspar i Ernest powędrowali do miasta. Lord chciał zaznajomić starego przyjaciela z nowym miastem, którego on nie znał. Po drodze wstąpili do krawca, gdzie zamówili ubrania dla Kaspara w jego barwach rodowych. Barwami rodu Kaspara były brąz i złoto. Tak jak Ernest, chciał on ubrać się tak jak dawniej spacerował sobie po uliczkach miasta, w stroju tradycyjnym dla zakonu, ale w rodzinnych barwach.

Klasztor dzielił się na 2 części: zakonników wolnych ale należących do zgromadzenia i zaprzysiężonych czyli takich, którzy po 2 latach służby w klasztorze zdecydowali się na złożenie ślubów ubóstwa i czystości. Tych właśnie drugich obowiązywały klasztorne, skromne, czerwone szaty. Wolni też mogli je nosić ale tylko w barwach rodziny a nie zupełnie bez zasad dobrania.

Na spacerowaniu po mieście spędzili cały dzień, pierwszy dzień Kaspara w mieście po prawie 20 latach.

Rozdział 2. "Cisza przerwana gromem."

Kolejny dzień był deszczowy. Nikt nie wychodził na ulice. Cały dzień było ciemno i nieprzyjemnie tak, że nawet targ był pusty.
Kaspar i Ernest siedzieli przy kominku. Przychodziły do nich wspomnienia z dzieciństwa: jak bawili się razem w rycerzy, szyli z samodzielnie wyciosanych łuków, trzaskali drewnianymi kijami, udającymi miecze. Długo wpatrywali się w płomienie, momentami przerywali rozmowę i skupiali uwagę na ogniu. Mieli to przyjemne, znane wszystkim uczucie ciepła na twarzy. Słychać wtedy było tylko strzelanie dopiero wrzuconego drewna. Za oknem grzmiała burza.

Jeden z towarzyszy Ernesta, również dobry przyjaciel, przyszedł do niewielkiej izdebki, w której oni siedzieli. Usiadł przy oknie i po chwili milczenia i wpatrywania się w chmury, powiedział:
-Chciałbym być chmurą. Mógłbym polecieć gdzie tylko bym chciał.
-Siądź koło nas - zabrał głos Kaspar.
-Nazywam się Edgar Reinhard. A ty Kaspar o ile się nie mylę? Ernest mówił mi, że miał kiedyś wielkiego przyjaciela o tym imieniu. I znowu się spotykacie - jak wspaniale!
-Tak. Znamy się od dzieciństwa. Razem z Ernestem dorastaliśmy w starym mieście. Chciałbym cofnąć czas i zapobiec wojnie. Ona wszystko zniszczyła.
Tak na rozmyślaniach spędzili kilka godzin. Z powodu pogody wydawało się, że jest noc. Nużyło ich siedzenie, nie było co robić. Z innej strony, miło powspominać dawne czasy. Cisza przerywana była ciągłym wzdychaniem nad przeszłością. Sam nieraz lubię zajrzeć do pamiętnika lub porozmawiać ze starymi przyjaciółmi. Czas wtedy nie ma znaczenia. Można rozmawiać bez przerwy. Rozmowa kończy się w momencie kiedy dotrzemy do wspomnień nieprzyjemnych, takich o których lepiej by było zapomnieć. Wszystko jednak toczy się dalej i nie trzeba zatrzymywać się i płakać. Każdy ma jakieś przeznaczenie i zostanie ono spełnione co do szczegółu.

Nagle rozległ się hałas. Wszyscy trzej rzucili się do okna. Zdziwił ich obraz jaki tam ujrzeli. Tłumy ludzi biegły w strugach deszczu, z pochodniami w rękach, przez ulicę w kierunku strażnicy. Kiedy tak wpatrywali się w niezwykły widok, do izby wbiegł sługa Ernesta i zawołał: "Panie! Na strażnicy jakiś szaleniec zabił kilku kmieci i zabarykadował się. Nie chce wyjść i grozi, że podpali skład prochu! Panie! On nas wszystkich pozabija! Skład prochu jest tak ogromny, że wybuch zmiótł by całe miasto!". Po tych słowach wybiegł na zewnątrz i dosłyszeć można było tylko jego wołanie: "Ludzie...!".

Kaspar, Ernest i Edgar pobiegli w kierunku wieży strażniczej. Kiedy dotarli na miejsce byli już cali mokrzy. Ni stąd ni zowąd rozległ się krótki świst. Edgar i Kaspar podbiegli do muru i spostrzegli, że nie ma z nimi Ernesta. Popatrzyli za siebie i zauważyli go leżącego na ziemi. Trzymał się on za bok, w którym tkwił kij od bełta, wbity aż po sam koniec. Kaspar pochylił się nad nim i obejrzał ranę. Z przerażeniem popatrzał na jego twarz i usłyszał jedynie słowo: "Wyzwól...". Wtedy Ernest skonał.

Kaspar wstał, wyjął miecz z pochwy, wbiegł na okrążone przez mieszkańców schody i wbił miecz między deski bramy. Kilkoma silnymi uderzeniami rozbił drzwi w proch. Wbiegł jeszcze po kilku schodach i znalazł mordercę siedzącego przy beczce z prochem, trzymającego w ręku naciągniętą kuszę i pochodnię. Krzyknął: "Głupcze!". Jednym cięciem odciął mu głowę. Szaleniec nawet nie zdążył wydać z siebie głosu. Pochodnię, która upadła na ziemię Kaspar wyrzucił przez okno. Chwycił martwą głowę za zwichrowane włosy, wyszedł na zewnątrz. Podniósł ją do góry i z nienawiścią w głosie powiedział, że morderca zapłacił za swą zbrodnię. Cisnął ją pod nogi gapiów.

Deszcz do wieczora i jeszcze przez kilka dni nie ustępował. Dzień po śmierci Ernesta odbył się jego pogrzeb. Zaniesiono jego ciało do klasztoru, gdzie w marmurowym grobowcu odtąd spoczywał po wieki, uczczony jak bohater.

* * * *

Całe miasto było pogrążone w smutku po zdarzeniach ostatniego dnia. Grobowiec Ernesta Grunlichta był cały czas odwiedzany przez mieszkańców miasta. Paliły się przy nim latarnie, ułożone były wieńce ze świeżych kwiatów. Kaspar całą noc nie spał i czuwał przy wejściu do grobu. Nie mógł uwierzyć, że los pozwolił mu powrócić do domu i jednocześnie odebrał mu najlepszego przyjaciela. Rozmyślał o wojnie.

Od tej pory straż wokół klasztoru została wzmocniona tak, żeby nikt nie mógł bez pozwolenia wyjść na zewnątrz. Szaleniec, który zabił lorda przedostał się przez najsłabiej strzeżone wyjście - dlatego uznano, że straż była za słaba. Nigdy wcześniej to się nie wydarzyło i mieszkańcy mieli nadzieję, że się nie powtórzy. Władzę we wiosce przejął Kaspar Gustavus. Otrzymał z rąk poddanych tytuł lorda. Przyjęto go na nowym stanowisku bardzo dobrze - wiele osób z miasta znało go już. Poznali go przed wojną, kiedy dowodził kilkoma oddziałami pieszych w armii Falgrana. Słynął on z brawury i odwagi.

W tamtych czasach toczono niewiele wojen, jednak robiono wyprawy w poszukiwaniu surowców mineralnych. Wojsko było przy tym potrzebne z powodu częstych spotkań z dziką ludnością na trasie poszukiwań. Byli oni niebezpieczni. Krążyły nawet legendy o tym, że piją oni ludzką krew. Najwięcej surowców znaleziono w tej przeklętej dolinie. Kiedy postanowiono się tam osiedlić nikt nie spodziewał się takiego rozwoju zdarzeń. Armii cały czas towarzyszyły bestie i pomagały w walkach z wrogami w zamian za wyżywienie. Falgran wybudował zamek i ogromne miasto. Stali, złota, srebra, miedzi i innych bogactw nie brakowało, ale ziemia na jakiej mieszkali nie nadawała się do upraw - była zmieszana z miałkim piaskiem. Ogromne straty wynikły z inwestycji w rolnictwo. Wtedy nastał głód, który obrócił życie mieszkańców w nędzę. Falgran zadecydował, że mógłby odebrać część jedzenia bestiom i oddać poddanym. Jak wspomniałem na początku, bestie całą siłą uderzyły na zamek. Zniszczyły go doszczętnie. Wojsko uciekło do miasta. Miasto nie było przystosowane do obrony. Walki jakie tam toczono doprowadziły do śmierci większości rycerzy Falgrana. Ostatnimi siłami pozostałym wojownikom udało się odzyskać teren zamku. Był to błąd ze strony władcy. Bestie podpaliły zamek i wszyscy pozostali, po obu stronach spłonęli żywcem w ruinach. Oddziały Kaspara poległy już na samym początku - sam Kaspar pomagał przy odzyskaniu zamku, ale zanim zamek spłonął, razem z Ernestem i kilkoma piechurami udał się do zniszczonego miasta. Tam, na rozkaz Falgrana miał sprawdzić ilu ludzi przeżyło i wrócić. Z powrotem wyruszył tylko Kaspar. Nie doszedł do zamku i wieść o nim zaginęła.

Obudził się w jaskini przy brzegu lasu, niedaleko miasta. Nikt o nim nie wiedział. Wiele lat próbował dojść do miasta, ale nie udawało mu się to. Kiedy polował, dzik zranił go w nogę. Kaspar przebił świnię włócznią. Myśliwy stracił dużo krwi i osłabł przez co nie potrafił się ruszać. Dzik kwiczał tak donośnie, że został dosłyszany w mieście. Tak Kaspar powrócił. Jego zasługi dla poddanych i dla Falgrana uczyniły go bohaterem. Ma on teraz kolejną misję na celu: wyzwolić swoich rodaków.

Siedząc tak przy grobie Ernesta Grunlichta wspominał wojnę. Myślał ciągle o tym jak wydostać się z doliny, jednak uważał, że jest to poza jego mocą - tutaj się mylił.

Rozdział 3. "Inicjacja w magii"

Kaspar z nostalgią spoglądał na zapracowanych ludzi uwijających się na ulicach przy swoich codziennych czynnościach. Siedział przed byłym domem Ernesta i wpatrywał się w wozy, które co chwilę mijały karczmę Pod Dębową Belką. Wstał i przeszedłszy kilka kroków stanął na progu dużego budynku krytego strzechą. Tak właśnie wyglądała ta sama karczma 20 lat temu. Widać jednak było, że dom nie jest tak stary jak tamten. Również i ten budynek, jak każdy inny w mieście został odbudowany po wojnie.
Gustavus podszedł jeszcze dalej i znalazł się w środku. Światło jakie wydostawało się z niewielkiego okna i drzwi przysłoniętych kotarą nie pozwalałoby nic w środku wyraźnie dostrzec gdyby nie lampy olejne na ścianach. Taka jak światło była również i atmosfera w środku karczmy. Siedziało tam pełno nieciekawych typów wyglądających na takich co dopiero z grobu wstali: potargane ubrania, stare, zmęczone twarze.
Kaspara zaciekawił jeden osobnik siedzący przy kominku, zaraz koło lady, mamroczący coś pod nosem nad księgą o niezwykle starych stronach. Zbliżył się do niego i żeby nie zachować się niegrzecznie spytał czy może się dosiąść. Na jego pytanie odpowiedział przyjemny głos starca:
-Tak, siadaj młodzieńcze!
-Mogę wiedzieć co znajduje się w owej księdze, którą tak dokładnie studiujesz?
-To zapomniane modlitwy, czary i zaklęcia. Próbuję je zrozumieć.
-Mogę? - spytał Kaspar pokazując dłonią na księgę.
-Proszę. Nie wiem czy coś odgadniesz.
Starzec zamknął ją i oddał w ręce Gustavusa. Oczom ukazała się oprawa ze skóry pokryta znakami runicznymi. Usiłując coś zrozumieć z samej okładki Kaspar odgadł tylko kilka znanych mu znaków min. Is, Sig oraz Ur. Oznaczały one kolejno słup, słońce i Wotana. Według tego jak były ułożone oznaczały słup światła Wotana. Nic nie dawało to Kasparowi a więc otworzył księgę i obejrzał kilka pierwszych stron. Z ciekawości otworzył księgę w połowie i od razu zauważył napis "Moc złożona przez niego w darze daje siłę aby góry poruszyć i morza opróżnić." Nagle słychać było szelest kotary przy wejściu i Kaspar spostrzegł, że siedzi przy kominku sam. Wybiegł na zewnątrz trzymając księgę ściśniętą oburącz ale starzec znalazł się już poza zasięgiem jego wzroku. Zasiadł na starym miejscu przed domem i zaczął zagłębiać się w lekturę. Rzeczywiście zawierała ona pełno zaklęć.

Kaspar wszedł do domu i położył księgę na stole. Oddalił się na krok od stołu. Chwilę się zastanowił i zrobił w powietrzu ręką znak przypominający kształt drzewa potem narysował koło, powiedział kilka słów z księgi i nagle piorun uderzył w drzewo przed karczmą. Zbiegło się mnóstwo ludzi. Dąb rozłupany był na 4 części wzdłuż pnia aż do samych korzeni. Kaspar popatrzał na księgę i stwierdził, że piorun w biały dzień to nie byle sztuczka. Patrząc na nią zaczął rozumieć runy na oprawie księgi. Oznaczały: "Słup światła Wotana spośród cieni rozświetla i gładzi złych wojowników, tych co siłę daną im użyli przeciw Dobru i siebie tym samym na karę skazali." Nie wierzył temu co czyta. Przypominało mu to dokładnie to, co stało się z bestiami. Umył twarz nad misą na stole i kiedy ją wycierał, znieruchomiał. Popatrzał w swoje odbicie i widział, że jego oczy otacza czerwony blask, jakby promyki słońca wychylające się zza chmur. Zamknął księgę i spojrzał raz jeszcze w swoje odbicie. Znowu wyglądał normalnie.

Kaspar poszedł do klasztoru. Opowiedział co mu się przydarzyło. Nikt nie znał odpowiedzi na męczące go nieustannie pytania.

Trzy dni po tym dziwnym zdarzeniu postanowił spróbować jeszcze raz przeczytać jedno zaklęcie z księgi. Koło południa, kiedy większość mieszkańców przesiadywała w domach, przy obiedzie usiadł na ławie przy stole. Otworzył księgę, która od owego momentu tam leżała na pierwszej stronie, jaka tylko ukazała się jego oczom, kiedy odchylił połowę kartek na bok. Wszystkie nazwy zaklęć w tej części księgi zaczynały się na J. Jad, Jadło i podobne. Wczytał się w tekst pod słowem Jeździec (Redrit). Nie zwrócił uwagi na początku na to, że teraz wszystkie znaki w księdze nie były już pismem runicznym, jak kilka dni temu i nie sprawiały żadnego problemu w odczytaniu. Dopiero po chwili rozejrzał się po stronie a potem pozaglądał na kilka następnych i otworzył oczy szeroko, jakby zobaczył gadającą rybę, w zielonym kapturze w różowe cętki.

Wrócił do "Jeździec". Przeczytał na głos: "we mgle, samotny, bez celu siecze. Jest ślepy, nie ma oczu, nie miał ich nigdy ale ma miecz, który służy mu za oczy. Gdziekolwiek się zamachnie uczuje ręką przez miecz, że coś napotkał". Kaspar powiedział do siebie: "Co?"; i czytał dalej: "Zamachnij się jak ślepy jeździec, zamknij przy tym oczy i powiedz przejrzyj a potem przejrzyj i zobaczysz jeźdźca, co wiernym twym sługą będzie. Dopóki będziesz dla niego podporą duchową on pozostanie przy tobie. Jeżeli będziesz chciał pozbyć się jeźdźca zamknij własnoręcznie księgę.". Tak też zrobił Kaspar. Zakręcił wysoko nad głową ręką, zamknął oczy i powiedział szeptem "przejrzyj". Otworzył oczy. Stał przed nim rycerz. Na głowie miał ciężki hełm pokrywający głowę od czubka do szyi a poniżej wisiał czepiec kolczy. Resztę pancerza stanowiła zbroja łuskowa, jedynie golenie pokrywała lita stal. W ręku trzymał miecz. Na zewnątrz domu parsknął koń. Był to silny i niski głos masywnego rumaka.

Chwilę stali tak a Kaspar nie mówiąc nic zmierzył wzrokiem rycerza. Powiedział:
-Ty jesteś tym jeźdźcem z zaklęcia?
-Tak - odezwał się przytłumiony przez hełm głos.
-Ja cię wyczarowałem?

Jeździec nie odezwał się jakby to było pytanie retoryczne. Usiadł na ławie przy której leżała księga. Zrobił to niezdarnie, po omacku szukając miejsca do odpoczynku. Miecz oparł o kant stołu. Widząc to Gustavus przerzucił kilka stron i poszukał słowa Oczy. Znalazł. Wykonał zaklęcie. Rycerz drgnął gwałtownie, zerwał hełm z głowy i rozejrzał się po izbie. Widział. Pierwszy raz. Na początku blask światła zmusił go do zakrycia twarzy. Potem stopniowo otwierając je ponownie rozejrzał się jeszcze raz i zobaczył twarz z opuszczoną szczęką. Twarz Kaspara. On spytał:
-Jak się nazywasz?
-Ja? Ja nie wiem. Nikt mnie nigdy nie nazwał. Byłem tylko postacią z zaklęcia i ilekroć ktoś wykonał zaklęcie pojawiałem się, robiłem co kazali i kiedy już nie byłem potrzebny zamykali a ja znikałem i czułem tylko ciężar księgi na twarzy. Jakby ktoś mnie w niej zamknął. Nie widziałem, bo Thor mnie oślepił, kiedy powstawała księga. Kiedy starożytni ją pisali stworzyli zawarte w niej przedmioty powstałem ja ale bogowie musieli ją oczywiście poprawić. Na końcu trafiła w ręce Thora. Złośliwiec.
-Może chciałbyś mieć imię?
-Nie. Jestem efektem magii i niech tak będzie. Nie muszę mieć imienia. Jestem, żeby służyć. Wiele razy już ginąłem za to, co mam zrobić ale takie mam powołanie.
-Ale jednak jesteś człowiekiem!
-Nie jestem. Jestem efektem magii. Zamknij księgę a się przekonasz. Jestem tylko efektem słów, które wypowiedziałeś i kilku gestów.
-Zupełnie nie wiem czemu nie chcesz żyć normalnie, jak człowiek.
Rycerz nic nie odpowiedział. Kaspar później na jego prośbę zamknął księgę. Jeździec rozpłynął się w powietrzu.

Karty księgi klasnęły jak zawsze i rycerza już nie było, przynajmniej do czasu kiedy ktoś ponownie wykona zaklęcie. Gustavus jeszcze kilka razy wypróbował parę niedestrukcyjnych czarów. Magia zaczęła mu się podobać. Po godzinie "zabawy" znalazł czar "Wizja bogów". Do wykonania go trzeba było, według opisu spokoju i koncentracji. Wyciągnął ręce na boki, wyszeptał kilka słów, podniósł ręce do góry, znowu coś wyszeptał. Zobaczył że coś jakby od wewnątrz rozświetla go czerwonym blaskiem. Zasnął.

Rozdział 4. "Gdzie indziej"

Obudził się z poczuciem jakby nietrzeźwości, które po chwili zniknęło. Był na łące. Wielkiej, zielonej, pachnącej, pełnej kolorowych motyli i małych drzewek łące. Wstał. Rozejrzał się i nie widział końca tej łąki. Cały krajobraz był jednolity. Nie było nawet najmniejszej górki. Przypomniał sobie, że chwilę temu wykonywał czar "Wizja bogów". Myślał więc, że to jest jego efekt. Tylko nie pojawiało się przez długi czas nic, co związane było z celem zaklęcia.

Błądził tam prawdopodobnie kilka godzin. Zastanawiał się, czy to, co się dzieje kiedyś się zatrzyma. Wtem zrobiło się mu niewyobrażalnie zimno, potem straszliwie gorąco i coś uniosło go w powietrze. Leciał coraz wyżej. Zbliżał się do chmur. W pewnym momencie chmury zasłoniły mu to, co widział pod sobą. Robiło się coraz cieplej. Nie parzyło go to ale było to raczej ciepło jak w czasie dużego upału. Znalazł się wysoko ponad chmurami. Zatrzymał się. Dostrzegł kilka postaci idących w jego kierunku po obłokach. Kilka pięknych kobiet i kilku wielkich, silnych mężczyzn. Żaden ze znanych mu mężczyzn nie był tak umięśniony i ogromny. Nigdy też nie widział równie pięknych kobiet.

Zbliżyli się do niego na tyle, że widział już rysy ich twarzy. Jeden wydawał się wyjątkowo znajomy. To był Wotan. Znaczyło to, że czar zadziałał. Kaspar spotkał bogów. Drugi był najwyraźniej obrażony na resztę. Trzymał w ręku piorun. Kiedy dojrzał to Kaspar, wiedział, że ma do czynienia z Thorem. Reszty z boskiego towarzystwa nie rozpoznawał. Wotan przemówił potężnym głosem:
-Kaspar. Więc jesteś.
-Spodziewaliście się mnie? - skromnym w porównaniu do Wotana głosem odpowiedział Gustavus.
-Tak. Dowiesz się teraz dużo więc bądź gotowy. Chciałem porozmawiać z nim sam - do reszty. Rozeszli się.
-Tak więc dowiesz się teraz dużo. Twoje miasto, cały naród jest uwięziony. To wiesz. Nie wiesz jednak, że nie
dlatego, że dusze bestii zostały skazane na błąkanie się po puszczy. Gdyby były na cokolwiek skazane, to na unicestwienie. Nie wydawało ci się to bezsensowne, że to wy byliście w ten sposób bardziej ukarani niż one?
-Tak. Nikt tego nie rozumiał. To one sprzeciwiły się zasadzie, jaką miały się kierować.
-Czytałeś Księgę Wrzechwładzy.
-To tak się ona nazywa? Na tej, którą czytałem był inny tytuł.
-Zaraz wyjaśnię czemu. Wszystko zaczęło się, kiedy stworzyliśmy ją. Zdecydowaliśmy się, że skoro nie jesteśmy nieśmiertelni... tak to prawda. Skoro nie jesteśmy nieśmiertelni, to władzę nad światem musimy komuś przekazać. Thor początkowo nie zrozumiał i myślał, że może on mógłby ją posiadać. To była szczerze mówiąc głupia myśl. Powstała księga, w której jest każdy czar, na każdą rzecz. Być może wydaje się, że wszystkiego nie da się zamknąć w księdze nieporównywalnie mniejszej z ogromem wszystkiego. Thor dostał ją jako ostatni do rąk i nabałaganił. Wiemy to dopiero teraz. Zawsze taki był. Ciskał pioruny gdzie popadnie więc się nauczył zachowania tego typu w każdej sytuacji.
-Ale co z tymi bestiami?
-Już. Ty zostałeś wybrany, żeby posiadać księgę a wraz z nią posiadać wrzechwładzę. Czemu ty? Ktoś musi. Powiedzieliśmy: "trzecie pokolenie rodziny Gustavus, najmądrzejszy rycerz".
-Najmądrzejszy? Mój ojciec był wiele mądrzejszy.
-Ale powiedzieliśmy 3 pokolenie i po prostu czekaliśmy nie patrząc na nic. Miałem powiedzieć ci o bestiach. Thor był zazdrosny o władzę. Zamknął wasz naród w dolinie a bestie, które normalnym biegiem zdarzeń bez naszej ingerencji zbuntowały się zamknął tam wraz z wami. W tej chwili nie mam żadnego wpływu na to, co zrobił. Bogowie nie mogą zmieniać decyzji innych bogów. Przebaczyliśmy mu i chcieliśmy czekać na następnego "wybrańca" ale Thor zwymyślał nas od najgorszych i obraził się.
-Mała kłótnia między bogami i efektem tego jest uwięzienie na 20 lat całego narodu. Wiem, że przy was jesteśmy niewielcy...
-Nie - przerwał mu Wotan - To twoi rodacy są niewielcy. Ty już jesteś wielki, bo dotknąłeś księgi.
-Ten starzec też jej dotykał...
-Ten starzec był czarem. Teraz wracaj na ziemię. Nie mów nikomu co słyszałeś. Teraz już niestety musicie zostać w waszym mieście na zawsze ale nie mów tego nikomu. Zostaw im nadzieję. Wracaj.
Kaspar znowu poczuł jakby coś rozświetlało go od środka i zasnął.

Rozdział 5 "Jakie to proste....."

Jakie to jest proste. Kilku bogów chciało uporządkować świat tak, żeby po ich śmierci nie było bałaganu. Ale jak zawsze przy sprawach organizacyjnych wyniknęła pomyłka lub zgrzytnięcie poglądów i łup. I jakieś marne i małe istoty ucierpiały. To jakby cegła spadła z dachu na mrowisko. To tylko mrówki. Ale czemu mrówka dowiedziała się od samych bogów, że to pomyłka, czemu to wyjaśniają małej mrówce, która wcale nie musi nic wiedzieć?

Po co te specjalne, magiczne sztuczki przy rozmowie Kaspara z bogami? Kolejne specjalne opisy, żeby zainteresować czytającego? Nie. To nie jest tylko kolejny bogaty opis w jakiejś starej, nudnej i dłużącej się księdze. Czytajcie dalej. Ta opowieść się jeszcze nie skończyła. Czytajcie dalej moje słowa, bo byłem świadkiem tych zdarzeń.

* * * *

Obudził się. Czuł jakby poparzenia na całym ciele. Ale kiedy obejrzał się cały nie było śladów ognia, zaczerwienionej skóry ani nic, co wskazywało by na solidne przypieczenie. Kaspar był cały poparzony. Tak, jakby gorąco ogniska zbyt długo wpływało na jego twarz, dłonie i stopy. Wstał. Był w swoim już domu, w izbie, która kiedyś należała do Ernesta. Na stole leżała nadal otwarta księga.

Wyszedł na zewnątrz ochłodzić się, bo parna atmosfera domu drażniła poparzone ręce, twarz i stopy. Rozejrzał się. W pewnej chwili wszystko zadrgało. Obraz odległej o kilkaset kroków bramy znalazł się jakby tuż przed nim. Obraz w jego oczach wygiął się a potem wrócił do normalności. Serce Kaspara zabiło szybciej. To co widział wstrząsnęło nim. Nigdy podobne zjawisko nie darzyło mu się i nawet o takim nie słyszał. Ludzie na ulicy patrzyli na niego, bo wtedy się zachwiał i prawie wylądował na ziemi. Wrócił do środka domu, żeby napić się czegoś chłodnego. Pochylił się nad stołem, sięgnął po stojący na drugim końcu kufel. Nalał wody z dzbana i nie przerywając pił aż do dna. Kilka kropel wysączyło mu się obok ust.

Chwilę później z zewnątrz słychać było krzyki. Gustavus wybiegł na ulicę. Ludzie, którzy spojrzeli wcześniej na niego, kiedy się zachwiał trzęśli się na ziemi. Z ust ciekła im spieniona krew. Kaspar otworzył szeroko oczy i usta. Nie wiedział co i czemu się dzieje. Wszedł do domu drżąc. Rozglądał się po stropie, po ścianach i wszędzie jakby szukał odpowiedzi. W końcu jego wzrok trafił na księgę. Była otwarta na "K". Pierwszy czar u góry brzmiał "Krwawa kukła". Zaczął czytać opis. Brzmiał tak: "Kukła z człowieka. Zróbmy teatr na ulicach miasta. Będzie śmiesznie. Wszyscy się potrzęsą i poumierają. Hahaha. O nie on to czyta!". Kiedy Kaspar dotarł do tego fragmentu otoczyła go ciemność a w promieniu 2 kroków jasne płomienie. Księga zapaliła się i do końca zamieniła w popiół. Upadł na podłogę. Znowu był w domu. Krzyki na ulicach nie ustawały.

Kaspar ubrał zbroję, wziął miecz i topór. Szedł przez miasto. Zewsząd dochodziły krzyki i trzaskanie o deski w rytmie drgawek. W każdym domu, każdym oknie ktoś wisiał i trząsł się. W końcu doszedł do obelisku pod klasztorem, przy którym od zawsze składał z mieszkańcami miasta ofiary bogom. Wyjął topór i zaczął ciąć obelisk przy podstawie. Zza niego nadbiegła liczna grupa rycerzy. W tej grupie znana mu już twarz Edgara Reinharda. Chwilę patrzał jak biegną po czym ścinał dalej obelisk. Tamci wyjęli topory. Kaspar przestraszył się i stanął twarzą do nich, pochylił się do przodu i był gotowy zabić jednego z nich. Oni się nie zatrzymali i wyminęli go. On nawet nie drgnął, mimo, że przez chwilę słyszał jakby w głowie bębny, które przypominały mu walkę z bestiami i napędzały odwagę wojowników. Odwrócił się w stronę obelisku i kazał się odsunąć. Po wielkim zamachu gruchnął całą siłą ostrzem topora o podstawę obelisku. Posypały się iskry, w przeciwnym kierunku do ruchu topora. Obelisk zatrzeszczał i zwalił się na bok. Uderzając rozsypał się w proch. Ziemia zaczęła się trząść. Z nieba dochodziły grzmoty, jakby się załamywało, podobnie jak w czasie burzy. Ten hałas narastał aż jeden z siedemnastu, bo tylu ich było powiedział: "Okrzyki bojowe bestii".

Bramy przewracały się. Gigantyczne stwory wypełzły z puszczy i przekraczając dachy domów deptały co tylko znalazło się pod ich szponami. Były tam istoty od podobnych do ptaków, przez wyglądające jak psy, po jaszczury ziejące ogniem. Były tam też i takie, których z żadnym zwierzęciem nie da się porównać. Bardzie podobne do ogromnych, rogatych ludzi.

Kaspar Gustavus włożył topór za pas na plecach i wyjął ogromny, dwuręczny miecz. Reszta rycerzy stanęła za nim w takiej kolejności i kształcie, jak w kluczu ptaków. Ruszyli do przodu, na najbliższą bestię. Był to ptak o pokryciu ciała bardziej podobnemu z daleka do łuski niż piór. Zobaczył ich i uniósł się w powietrze wydając potężny pisk. Leciał w ich stronę. Oni biegli ile sił w nogach w jego stronę. Kiedy wydawało się, że się zderzą Kaspar wskoczył na jego kark i wdrapał się na grzbiet bestii. Przyłożył ostrze miecza do tyłu głowy ptaka, wstał na proste nogi i oparł się o rękojeść. Bezwładnie i bez dźwięku z ogromnego gardła bestia opadła na ziemię miażdżąc mur. Zwycięzca niechybnie określając chwalebnego pojedynku zeskoczył i wrócił biegiem do reszty kompanii, która wtedy dobijała wielkiego jaszczura. Brakowało w tej grupie 2 rycerzy. Widocznie zginęli. Było ich mało. 15 zbrojnych piechurów przeciwko co najmniej setce potworów. Z dala widoczne było podeptane przez bestie miasto. Po środku grupy ziemia rozchyliła się i wyczołgał się wielki robak. Nigdy takie paskudztwo, jakie chodziło w spróchniałym drewnie nie mogło wydawać się tak obrzydliwe jak to. Dwóch podczepiło się rogami toporów za pysk tej bestii i unieśli się razem z nią. Jeden wyjął krótki miecz i dźgał robaka w oko. Bestia zaczęła się otrzepywać. Drugi rycerz zsunął się niżej ale nic mu się nie stało - róg topora jeszcze głębiej wpił się w ciało robaka i rozciął jego grzbiet. Obydwaj prawie jednocześnie wbili miecze - jeden głęboko w oczodół potwora a drugi w szyję. Byli już bardzo wysoko, kiedy bestia obezwładniona opadła z powrotem do dołu, z którego się wynurzyła. Wojownicy odskoczyli i stanęli na zgiętych nogach obok wylotu jamy. Dwaj, którzy wisieli na robaku wylądowali kawałek dalej. Jeden wytarł w słomę, której wszędzie leżało pełno ostrze topora i ostrze miecza. Krwi potwora było jakby mniej ale żelazo zmieniło barwę na czerń - wsiąknęło część posoki.

Było ich za mało a kolejna bestia biegła w ich stronę. Kaspar kazał się wszystkim odsunąć. Działał prawie bez namysłu. Narysował dłonią w powietrzu kształt psa. Potem jakby wokół tego rysunku zakreślił krąg. Wyszeptał kilka słów. Rycerzy zaskoczył grzmot - wtedy bestia rozleciała się na kawałki rozrzucając dookoła swoje porozrywane wnętrzności. Edgar powiedział:
- Jak to się stało?
- Pokaż jej jak wygląda to co chcesz zniszczyć i zaznacz kołem. Potem powiedz jej, że chcesz, żeby w to uderzyła.
- Co? - powiedział półgłosem Reinhard.
- Chmura.

Lord dalej stawiał w powietrzu znaki a w otaczające ich potwory uderzały pioruny. Krąg jednak ciągle się zaciskał. Pięciu rycerzy ruszyło szarżą na zielonego jaszczura. Edgar narysował prosty kształt, który przypominał nieco jaszczurkę. Otoczył go kręgiem i powiedział: "Chmuro, zniszcz to". Uderzyły tym razem 2 pioruny naraz. Reszta rycerzy chwilę otaczała ich dwóch ale pobiegli na kolejną bestię. Gromy waliły teraz tuż obok Kaspara i Edgara. To robactwo z puszczy niemal stworzyło częstokół, walił się on pod trzaskiem piorunów. Stanęli plecami do siebie. Cały czas zbliżali się do siebie. Bestii zaczęło ubywać. Jeszcze pięć. Pięć grzmotów dało koniec ich życiu.

Minęło kilka minut. Była kompletna cisza. Kaspar zasiadł na belce ze zwalonego dachu. Edgar stał i rozglądał się.
- Skąd to wszystko? - spytał po chwili Reinhard.
- Nie wiem. Nie rozumiem w ogóle.
- Czemu chciałeś ściąć obelisk? Skąd wiedziałeś....
- Czytałem księgę i próbowałem zaklęć - przerwał mu - dał mi ją jakiś starzec. Teraz wiem, że jest przeklęta. Tylko czemu mi ją tak po prostu dał? Przy jednym z zaklęć zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Magia tej księgi wysłała mnie w dziwne miejsce, gdzie rozmawiałem z postaciami, które przypominały mi naszych bogów. Tylko to mi się wydawało zbyt proste. Kiedy wróciłem stamtąd, to znalazłem w księdze fragment "o nie on to czyta" albo coś brzmiącego podobnie. Nie rozumiem tego. Potem ludzie zaczęli umierać na ulicy. Od razu przyszło mi do głowy, że to jest sprawka bogów i nie wiem co właściwie oni chcą zrobić. Poszedłem więc pokazać im co o nich sądzę. Zaczęli regularną wojnę z nami.
- Chodźmy. Nie wiem w ogóle o czym mówisz. Za głupi jestem. Chodźmy do klasztoru.
Poszli. Od razu przyłączyło się do nich sześciu pozostałych rycerzy. Jednego dwóch niosło na tarczy. Kolejny wlókł za sobą nogę.

Klasztor był zamknięty. Most zwodzony zasłaniał jedyne wejście. Okna zabito deskami a wszelkie mniejsze otwory zasłonięte belkami okutymi żelazem, które wcześniej prawdopodobnie były elementami dachów. Te zasłony jednak przepuszczały krzyki z wewnątrz. Z wierz dochodziły krzyki i chichoty szaleńców. Z wąskich okien na wysokości 30 łokci słychać było płacze kobiet i dzieci.

Edgar Reinhard wyjął topór i trzonem uderzył 5 razy w gong wiszący na 2 łańcuchach kilkanaście kroków od bramy. Rozległo się trzeszczenie łańcucha przechodzącego przez tryby. Most zaczął opadać. Powoli, z majestatycznym grzmotem opadł na brzeg. W bramie była kratownica. Podniosła się wydając podobny ale wyższy ton. Grupa weszła do środka. Wewnątrz klasztoru było ciemno. Nie był budowany tradycyjnie, że po przekroczeniu murów był plac otoczony krużgankiem ale była to zamknięta ze wszystkich sześciu kierunków komora, z niewielkimi oknami. Pod jedną ze ścian były strome, drewniane schody. Zbiegło nimi kilku osiłków. Wzięli broń od rycerzy i pomogli im zdjąć zbroje. Kratownica wtedy opadła a potem słychać było szczękanie ogniw łańcucha mostu zwodzonego. Wszyscy razem weszli o jedno piętro wyżej. Tam było już jasno, bo każda ściana była poobwieszana lampami olejnymi. Nie było pusto, tak jak na dole. Panował gwar. Były tam kobiety, dzieci, starcy i mnisi, którzy zajmowali się rozdawaniem jedzenia. Kilku zabrało rannych rycerzy do komnaty obok.

Kaspar z Edgarem zasiedli przy drewnianej ławie. Reszta rycerzy rozsiadła się obok nich.
- Tyle jest rzeczy do wyjaśnienia. Tylko skąd mogę się czegoś dowiedzieć? - Kaspar mówił rozczesując dłonią zwichrowane od hełmu włosy.
- Ja jestem za głupi, żeby rozumieć księgi a co dopiero coś tagiego...
- Księgi powiadasz? Może księgi... księgi. Ale w naszych są tylko zioła...
- No nie tylko zioła. Kiedy cię nie było znaleźliśmy w podziemiach stare księgi, pisane przez starożytnych.
-Zobaczmy je, przecież to takie proste.

Rozdział 6 "Jasna cholera..."

Wstali od ław, dwóch rycerzy wzięło kilka lamp olejnych ze ścian. Płomienie dotychczas nieruchome zamigotały. Poszli z powrotem, po schodach, którymi wcześniej wchodzili do góry. Pierwszy szedł Edgar, za nim Kaspar a na końcu ich towarzysze z lampami olejnymi w rękach. Jeden podał lampę Edgarowi - teraz on prowadził i oświetlał drogę. Pod schodami była ciężka, żelazna klapa z uchwytami. Kaspar otworzył ją i odchylił w przeciwnym kierunku, żeby się nie zamykała. Edgar wszedł. Pomieszczenie, do którego wchodzili nie przypominało tych wyżej położonych w klasztorze. To był prosty, skierowany w dół korytarz z półkolistym sklepieniem z kamieni. Światło lamp przesuwało się wzdłuż korytarza. Dym jakby zatrzymywał się pod sufitem, w zastanym od dawna powietrzu, zaczynał się rozpływać, kiedy cała grupa przeszła i powietrze poruszyło się. Szli długo. Na ziemi nie było schodów tylko ustawione kantami do góry kamienie, żeby zapobiec poślizgowi. W pewnym momencie korytarz zaczął iść poziomo. Wtedy pod sufitem można było zobaczyć rozświetlane przez lampy pajęczyny, wśród których wisiały wielkie, czarne, włochate pająki. Korytarz się skończył i oczom rycerzy ukazała się wielka sala, zastawiona prawie całkowicie regałami ze zwojami i księgami.. - Tutaj są nasze księgi - powiedział Edgar - magia, zioła, różne dziedziny życia człowieka.
- Powiedziałeś magia? Po co my tu przyszliśmy? Już wiem czego potrzebuję, żeby się dowiedzieć co się stało. Czemu mi to tak po prostu nie przyszło do głowy.
-Jasna cholera... - powiedział Edgar.

Kaspar wyciągnął rękę za siebie, zamknął oczy, przesunął gwałtownie ramię do przodu, powiedział "przejżyj" - tak głośno, że to słowo odbijało się przez chwilę od ścian sali. Otworzył oczy. Rycerze cofnęli się. Między nimi siedział jeździec na rumaku, którego wcześniej Kaspar gościł u siebie w domu.
- Witaj - powiedział redrit, i zeskoczył z konia. Podszedł do Gustavusa i uścisnął mu dłoń.
- Witam, witam. Wiele się zmieniło od czasu, kiedy ostatnio rozmawialiśmy. - Kaspar przywitał jeźdźca.
- Zauważyłem. Wisiałem gdzieś w ciemnościach a mojej twarzy nie przyciskały karty księgi. Co się stało?
- Zupełnie nie mam pojęcia. Rozmawiałem z bogami i...
- Bogami? Przecież tamtych, waszych bogów już dawno niema! - powiedział jeździec, po czym zapadła cisza. Towarzysze patrzeli na twarz redrita i nie wiedzieli co powiedziać. Tylko Edgar przerwał ciszę.
- Jak to bogów niema?
- Opowiem po kolei. To będzie historia mojego i waszego świata. I nie wiem czemu jej nie znacie. Zaczęło się to tak, że na świecie żyli od zawsze ludzie, zwierzęta i bestie. Ludzie, zwani przez was starożytnymi panowali nad wszystkim z pomocą magii. Dobro było pierwotnym stanem istnienia, nie było przeciwieństwem zła tylko jego brakiem. Nie było zła, więc nie było w sumie celu całego tego istnienia. Stworzyli więc zło, żeby pierwotny stan istnienia walczył ze złem i starał się przywrócić dobro. Zło jednak z racji tego, że było stworzone po pierwotnym stanie istnienia czyli po dobrze, było doskonalsze. Ze zła więc zrodzili się bogowie. Byli zdecydowanie lepsi od ludzi ale śmiertelni. Każdy z bogów przybrał postać innego zła. Jeden stał się symbolem wojny, drugi symbolem piorunów, trzeci bogiem ognia i tak po kolei powstawali bogowie kolejnych "zeł".

Pod ciężarem bogów ludzie zaczęli po woli znikać ze świata. Zebrali się jednak najwięksi magowie i ostatnich ludzi udoskonalili jeszcze bardziej niż zło. Dalej byli śmiertelni ale za to nie było takiej możliwości, żeby kiedykolwiek ta rasa wyginęła. Ludzie zniszczyli bogów ale zło było tak doskonale wymyślone, że część przeszła na bestie, reszta na niedoskonałych ludzi. Ludzie doskonali zabili bogów, pod dowództwem największego z magów - Falgrana. Kiedy zaczęli wędrować w poszukiwaniu nowego miejsca, bo tamto było zniszczone wojną, dotarli do doliny. Do tej doliny, w której się teraz znajdujemy. Była rajem dla ludzi. Społeczeństwo rozwijało się ale powoli zasoby doliny jałowiały. Minęło kilka tysięcy lat i dolina była już prawie całkowicie jałowa, głównie za sprawą ogromnej masy ludzi i bestii. Falgran nie starzał się, czas na niego nie wpływał. Tracił jednak pamięć, bo kto by spamiętał kilka tysięcy lat? Dlatego zapomniał również o nienawiści do bogów. Pokolenie za pokoleniem zapominało coraz bardziej. Falgran nawet nie zaglądał do swojej księgi, bo nie umiał już władać magią. Bestie zbuntowały się, bo ludzie dostawali więcej jedzenia. Wybuchła wojna. Wtedy zginęło prawie całe wojsko, wraz z Falgranem, którego zresztą znałeś. Jego księga wpadła w ręce bestii. Nie były wcale głupie. Bogowie wcieleni przez resztki zła do bestii zmienili księgę na własne potrzeby. Byli jednak jeszcze za słabi, żeby was atakować. Zmienili księgę ale nie mogli jej użyć. Dopóki ktoś nie odczytał jakiegoś ze złych zaklęć nie mogła dla nich działać. Stworzyli więc mit o wybrańcu i umieścili go w księgach. Ty Kaspar jesteś tym wybranym, przez bogów. Niestety w złym celu. Jeden z opętanych przez bestie podrzucił ci tą księgę prawda? Potem użyłeś jej i od tego momentu oni mogli jej już używać. Co potem się działo?
- Potem wzięli mnie do siebie... nie... najpierw wyczarowałem ciebie. Potem wzięli mnie do siebie i wytłumaczyli co się stało z bestiami i czemu jesteśmy zamknięci w tej dolinie. Teraz mam chęć ich pozabijać do nogi. Kiedy wróciłem zaczęły się dziać dziwne rzeczy i księga nagle się spaliła.
- Zabrali ją. A potem?
- Potem poszedłem ściąć obelisk, żeby pokazać im co o tym myślę. Bestie wybiegły z puszczy i zaatakowały miasto. Kobiety i dzieci zdążyły się schronić do klasztoru. Zabiliśmy wszystkie bestie czarami z księgi i naszą beznadziejną przy nich bronią białą.
- To były te same bestie, ożywili je - redrit powiedział z lękiem w głosie.
- Czyli chcą nas zgładzić do reszty... jesteśmy chyba tak jak mówiłeś pozostałością pierwotnego stanu.
- Musicie ich zgładzić. Byliście przed nimi. Oni wcale nie są do niczego potrzebni. Teraz, kiedy księgi niema jestem wolny, bo nie da się jej zamknąć. Pomogę wam. Wiem jak starożytni stworzyli bogów, bo byłem już wtedy na świecie, wisiałem w powietrzu w postaci czystej magii. Wiem jak ich zniszczyć.

To nie jest koniec tej opowieści. Dalszy ciąg nie powstaje za szybko a nawet momentami wydaje mi się, że nie skończę jej ale proszę o cierpliwość. Może kiedyś...

MINIGUNMEN




komiks:

Rzeźnik666
Bip..Bip..
Ufo

różniste:

Moje opowiadania
Inne opowiadania
Moje rysunki
Moja grafika

japonia:

Samuraje
Ja i Miecz
Hagakure

humor:

Teksty
Vlepki
Revolution
Syslolki
Poryte projekty

strona:

Download
Księga
Wspieraj!



minigunmen copyright 2010






title=           

  OlafK's GR Site |   Generally |   industrial, blokowiska | Fotografia | Kielce | Tani Hosting | Śmieszne zdjęcia